Słów kilka o byciu na diecie

Myślę sobie czasem, że, w zasadzie, z krótkimi przerwami, całe życie jestem na jakiejś diecie. 1000 kcal, 1200 kcal, Dukan, Kopenhaska, South Beach, Mniej Żreć, Nic Nie Żreć, Sokowej, Koktajlowej, Kapuścianej… i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.

Dobija mnie, kiedy idę do lekarza, on/ona do mnie, że może by jakaś dietka. Odbijam piłeczkę mówiąc, jak zdrowo się odżywiam, a waga w najlepszym wypadku stoi w miejscu. Lekarz nie wierzy i dalej swoje. Ja swoje. I w płacz. Wychodzę. Nawet nie zajadam, po prostu siedzę i płaczę w kącie.

diet

Najgorzej, że z tymi ‚mądrymi’ dietami jest tyle myślenia i kombinowania. Zawsze, kiedy się tak serio zawezmę, to mam wrażenie, że nie dość, że ciągle jem (bo 5 posiłków dziennie!), to jeszcze obsesyjnie myślę o jedzeniu (no bo co by tu na śniadanko, obiadek, kolację, co w międzyczasie, a kalorie, a skład…).

Prędzej czy później odpuszczam tą straszną restrykcyjność, wracam do swojej normalności i jest jeszcze gorzej (ale serio, nie smażę prosiaków na smalcu!).

I niby wiem, co mogłabym zrobić lepiej, ale na samą myśl o diecie już jestem psychicznie zmęczona. Bo w diecie wcale nie chodzi o to, żeby mało jeść. Na samą myśl nie mam siły nawet ruszać szczęką.

Ach, to wieczne dążenie za ideałem wykreowanym przez media!

Fatbulous!

You Might Also Like