Styczeń poniedziałkiem roku.

      Koniec grudnia to dla mnie zawsze ciężki czas. W tym roku było nawet gorzej, niż zwykle, bo, jadąc na święta do domu nie wiedziałam, czy po Nowym Roku będę mieć jeszcze pracę (dalej nie wiem – so much fun!), dodatkowo bez perspektyw na nową.
Jak już się przestaje być dzieckiem, święta też przestają cieszyć – ilość życzeń stabilizacji, rozmnożenia (i bynajmniej nie o pieniądze tu chodzi), taniego kredytu, czy spełnienia w życiu zawodowym mogą przytłoczyć.

     Nie chcę robić bilansu minionego roku, bo, przyznajmy sobie to szczerze – był lepszy niż 2013, ale daleko mu do tego, żeby nazwać go ‚dobrym rokiem’. W najlepszym razie nazwać go mogę przeciętnym.

      Muszę Wam też wyznać, że mimo że lubię imprezy duże i małe – ba, nawet wesela lubię – tak nie znoszę sylwestrów. Im większa presja społeczeństwa, żeby właśnie wtedy świetnie się bawić, mieć nastrój i żeby było tak wspaniale sprawia, że tym bardziej mam ochotę zignorować całe wydarzenie.

        I tak, po latach tej strasznej męki w końcu dorosłam i w tym roku zostaliśmy w domu. Wieczór jak każdy inny – tylko może wypiłam trochę więcej wina niż zwykle. Przed północą On zarządził witanie Nowego Roku na Kopcu Kościuszki – bo piękny widok na panoramę miasta i wszystkie fajerwerki. No, skoro ma go to cieszyć, to poszliśmy. Zaopatrzyłam się nawet w szampana na tę okoliczność (murowany kac morderca, od którego nie chce się żyć, nie polecam), celem znieczulenia się przy kontaktach z obcymi ludźmi. Uwierzcie, przy tym, jak ci ludzie się zachowywali, żadna ilość alkoholu nie byłaby mnie w stanie znieczulić – chyba już jestem strasznie stara, skoro nagle zauważyłam, jak niebezpieczne mogą być petardy (dwóch gości przebranych za ułanów rzucających je w ludzi z psami) i fajerwerki (zmieniające kierunek lotu i ‚goniące’ nie spodziewających się niczego ludzi wracających do domu) mogą być w rękach pijanych/głupich/nieodpowiedzialnych ludzi. Że o mniej niebezpiecznych, a bardziej żenujących zachowaniach nie wspomnę. Chyba po prostu miałam pecha.

      Ale potem nastał dzień Nowego Roku – tego miłego, symbolicznego początku, o którym lubię myśleć jak o czystej kartce. Zawsze tego dnia słucham Trójkowego Topu Wszechczasów – wprowadza mnie w cudowny nastrój, który pozwala mi myśleć, że w tym roku to naprawdę uda mi się zawojować świat. Wierzę w to potem jeszcze przynajmniej kilka dni, a potem sytuacja znowu się stabilizuje i opuszcza mnie euforia.

         Nowy Rok przyniósł nam też miłe spotkania, dużo uśmiechów i naprawdę wierzę, że to będzie piękny rok. Czy zaskoczy Was, jeśli powiem, że nie robię postanowień noworocznych? Nidy – bo nie lubię dawać obietnic bez pokrycia – nawet sama sobie. Wszelkie plany, cele i dążenia układają się w mojej głowie w ciągu roku, czasem trzeba je weryfikować na bieżąco, a niektórych nie dałoby się wprowadzić od razu z początkiem nowego – mi się w styczniu zawsze trudno zabrać za jakieś nowe działania. Grudzień to dla mnie taka niedziela wieczorem – już wiem, że weekend się kończy i w poniedziałek trzeba znowu wstać o świcie i zapierdalać. I styczeń jest właśnie takim poniedziałkiem. Najważniejsze, to mieć plan i powoli, ale uparcie dążyć do celu.

         Macie taki plan?

Chata Wuja Freda zawsze niezawodna

Chata Wuja Freda zawsze niezawodna

You Might Also Like