Jak (nie)zarabiać na blogu

most

Żyjemy w takich pięknych czasach, że mamy wolność słowa, poglądów, wyznania i czego tylko chcecie. W internecie za to można być całkiem kim się chce, można być nawet blogerką – wszak każdy może założyć bloga. I pisać o czym tylko chce. Czytać też tego nie musi każdy, można dobrowolnie. Problem pojawia się, gdy pęknie balonik brokatu i cekinów, a na horyzoncie pojawi się popularność, lajki i tłum fanów. I pierwsze propozycje współpracy. Niby każdy by chciał, ale łatwo wtedy zrobić coś głupiego.

Pierwsza propozycja współpracy to taka magiczna chwila. Od tej pory już nic nie będzie takie samo. Twórca czuje się doceniony, z radości skacze po sufit, a cała sytuacja wydaje się być tak nie realna, ze trzeba się zgodzić na wszystko, co proponują. Tylko prędko prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu.

Od lat obracam się w środowiskach (często ze sobą powiązanych), w których zleceniodawca myśli, że za Twoją pracę nie zapłaci brzęczącą monetą, a produktem, albo, co gorsze – bezgraniczną satysfakcją i możliwością publikacji w swoim portfolio. I że to będzie fajne – bo przecież ludzie się na to zgadzają. No zgadzają się – ale chyba nie wszyscy wiedzą, że mogą odmówić. I że czasem nie warto podejmować się czegoś, co nas nie do końca satysfakcjonuje.

Podobno są na świecie ludzie, którzy utrzymają się w życiu z pasji i wcale nie głodują. Są, nawet na pewno. Znam ich. I wiem, że będą głodować, jeśli inni będą ‚psuć rynek’. Jasne, ja też tam byłam. Fotografowałam za darmo, za możliwość publikacji, za symboliczną stówkę. Trochę czasu zajęło, zanim zrozumiałam, czemu to jest złe – i pewnie nie odkryję tu Ameryki – bo niby czemu mieliby płacić za coś, skoro i tak znajdzie się ktoś, kto to zrobi za darmo lub za barter.

Sama dostałam taką propozycję. Kilka. Pewnie, że każdą trzeba rozpatrywać indywidualnie i brać pod uwagę różne czynniki. Głównie matematyka. Pomijając fakt, że lajków, fejmu i satysfakcji nie da się, niestety, wrzucić do gara i utrzymać rodziny (ani nawet tylko siebie), całe życie nie da się też żyć na garnuszku Rodziców czy utrzymaniu bogatego męża (niestety, nie mam tego luksusu, ubolewam). Nie dajcie sobie wmówić, że wpis za kieckę za 150zł to manna spływająca z nieba. Nie. Przedstawcie swoją kontrpropozycję – w granicach rozsądku – najwyżej się nie dogadacie i nic z tego nie będzie. Pewnie, kieckę można potem sprzedać – zostaniecie ze stówką za wpis. Wasz wpis zobaczy, powiedzmy, tysiąc osób, może pięć poleci ją kupić do sklepu – pamiętaj, że reklama nie zawsze nastawiona jest na sprzedaż bezpośrednio – lepsza jest ta, która lokuje produkt w umyśle odbiorcy – być może teraz nie potrzebuje tej sukienki, ale jak będzie potrzebować (bo jest dobra okazja), wie już, gdzie jej szukać. A Ty będziesz mieć stówkę w kieszeni. I opinię osoby, która robi wpisy za darmo. I to wcale nie jest tak, że kiedyś ktoś przyjdzie i za to samo zaproponuje milion złotych monet. Prawdopodobnie zostaniesz już w tym miejscu, w którym jesteś.

Warto rozróżniać ‚dary losu’ od współpracy i nie dawać się wkręcić w pracę za darmo. Bo tak, to, że piszecie tekst na bloga dla przyjemności, to swoją drogą, ale fakt, że robicie coś dla kogoś na zlecenie, jest już pracą. I tak powinna być traktowana.

Wiem, że samo to, że mam bloga być może nie upoważnia mnie do tego, żeby o tym pisać. Ale upoważniają mnie inne rzeczy – to jest moje własne miejsce w internecie i mogę w nim robić, co chcę oraz to, że jeszcze zanim założyłam bloga wiedziałam, jak to w blogosferze działa. Jeśli Ty nie wiesz – przeczytaj na dobry początek książkę Kominka (Jasona Hunta) o blogowaniu. On Ci lepiej pokaże niż ja, co robisz źle i wytłumaczy, dlaczego masz tego nie robić. Możesz jeszcze poczytać Janka: TU i TU.

You Might Also Like