19 lipca – Dzień Czerwonego Kapturka

10-Rainbow-Cakes-1

Chcecie bajki? Oto bajka. Tak się składa, że urodziłam się właśnie tego dnia, który w kalendarzu jawi się tak bajkowo. Ale czy kiedykolwiek mieliście w rękach prawdziwe Baśnie Braci Grimm, a nie te politycznie poprawne, po przeczytaniu których dzieci nie mają nocnych koszmarów? Trup ściele się gęsto, krew leje się strumieniami, a zboczenia i perwersje są na porządku dziennym. Czerwony Kapturek była małą, naiwną dziewczynką, która zrzuciła ubranko, spaliła w piecu (bo Wilk powiedział, że nie będzie jej już potrzebne), położyła się w łóżku i została zjedzona przez Wilka. Koniec. Nie było Leśniczego który wyciągnąłby ją z brzucha żarłocznej bestii na czas  – całe dzieciństwo się zastanawiałam, że czemu ona nie jest w kawałkach i żyje, przecież kotlecika się najpierw kroi, a potem gryzie. Życie to nie jest bajka.

I tak skończyłam dziś 27 lat. Dzień jak co dzień – śniadanko, kawka, parę wiadomości (dziś tylko miłych!), zajrzałam co piszczy w świecie ogłoszeń o pracę. Do tego zwykłe, niedzielne lenistwo. Normalnie to nie z okazji urodzin bilansuję rok życia, tylko na Nowy Rok. Ale ostatnio w ogóle jestem w nastroju raczej nieprzysiadalnym, więc czemu by się jeszcze nie poznęcać nad sobą.

Dziesięć lat temu miałam bardziej optymistyczne wizje tego, w jakim punkcie mojego życia będę teraz. Nie jestem tam i nie wiem, czy kiedykolwiek będę – jestem chyba jedyną znaną mi osobą, która od roku szuka pracy, chce ją zmienić na lepszą i nic. W ogóle niewiele rzeczy idzie tak, jak to sobie zaplanowałam. Choć niby nie jest źle i zawsze mogło być gorzej – mogło by być też lepiej. A ja jestem typem, który dużo od siebie wymaga. A skoro od siebie, to od życia też. Stoję w miejscu. I nie wiem, co dalej.

27

Bo ja w ogóle w życiu mam napady pecha. W ogóle, jeśli coś się komuś ma nie udać, albo przytrafić to mnie. Rodzice nigdy mi nie wierzyli, że te wszystkie nieszczęścia to naprawdę nie moja wina. No, może trochę – wystarczy chwila nieuwagi, bądź nie zaplanowanie czegokolwiek. A jak już się jebie, to czarną serią, po całości.

Ale spokojnie. Ostatnio jest chujowo, ale całkiem stabilnie, całkiem się już przyzwyczaiłam. I wiedz, Drogi Czytelniku, bądź Czytelniczko, że gdyby nie blog i Twoja obecność tutaj, prawdopodobnie dawno bym już zwariowała. To jest jedna z tych dobrych zeszłorocznych decyzji. Czasem piszecie, że fajnie, że jestem, że mój blog Wam pomaga – wiedzcie, że to działa w drugą stronę. Blog pomaga też mi i cieszę się, że jesteś ze mną.

I wiem, że dziś jestem mniej wesoła i optymistyczna, niż zwykle, ale to chyba dowodzi faktu, że jestem prawdziwa i chyba jeszcze w miarę normalna, prawda? Podobno tylko wariaci mają zawsze dobry humor.

I pewnie nie byłoby dziś tego tekstu, gdyby nie kilka moich ostatnich spotkań alkoholowych ze znajomymi. I wczorajszego. Jeszcze trzy, może cztery lata temu rozmawialibyśmy o tym, że na uczelni ktoś się na nas uwziął i nas wkurza, ostatnia impreza w Jazz Rocku skończyła się śniadaniem w okolicznej knajpie, faceci to chuje, a dziewczyny naszych kumpli też są jakieś emocjonalnie niestabilne. Nie. Top tematami obecnie jest praca, brak perspektyw, marne zarobki i dolegliwości zdrowotne. Z czego te ostatnie eskalują do przynajmniej dwugodzinnej dyskusji, która kończy się wzajemnym pokazywaniem sobie blizn po szczepionkach (ileż stracą dzisiejsze, nieszczepione przez ekologicznych rodziców dzieci!). Strach pomyśleć, o czym będzie za następne cztery lata.

A przed snem wzięłam tabletkę na zgagę, bo mieszanie alkoholi już nigdy nie będzie takie, jak kiedyś.

puszek

You Might Also Like