Wisienka na torcie #1

Jak wiecie, jesień to dla mnie czas na zmiany. Motywuje do działania, podejmowania nowych wyzwań i cieszenia się życiem. I tak oto pomyślałam, żeby cyklicznie, raz w miesiącu podsumować dobro. Będzie o kosmetykach, jedzeniu, kulturze i internetach – czyli coś, co tygryski lubią najbardziej! A tytuł to wiecie – nawiązuje do naszej starej, dobrej tradycji jedzenia ciasteczek. No to co? Zaczynamy!

Pielęgnacja 

Mam straszne problemy z bardzo suchą skórą. Tak suchą, że jeden szybki prysznic bez smarowania całego ciała jest wyzwaniem. Szczególnie jesienią i zimą. Jakiś czas temu kupiłam bez przekonania, dosłownie za sześć zeta, ale już wiem, że powtórzę to doświadczenie. Ładnie pachnie, ale też nie za mocno (a ja nie lubię słodkich, przytłaczających zapachów w kosmetykach), dobrze się rozprowadza i szybko się wchłania. I to by mogło być na tyle, ale zauważyłam, że moja skóra jest faktycznie bardziej nawilżona i sprężysta. I jak zgrzeszę, bo się śpieszę i zdarzy mi się raz czy dwa nie posmarować, to dramat jest mniejszy, niż to się dotychczas zdarzało. Także polecam.

Aha! Oni mają z tej linii jeszcze mydło. Herbata z cynamonem. Nie było jeszcze takiego gościaw naszym domu, który nie zachwycałby się tym zapachem. A ja nie miałam nigdy mydła, które robiłoby taką furorę!

ziaja-awokado

www.ziaja.pl

ziaja-herbata

www.ziaja.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

Make-up

Tajemnicą nie jest, że lubię się malować. Zacznijmy więc od podstaw. Bez niego mejkap to fakap. Podkład. Każda twarz wie, że znalezienie ideału to lata testowania. Ja znalazłam przynajmniej jednego, ale jest idealny na wiosnę i lato (nawet w te 40-stopniowe upały się trzymał!), ale właśnie – jest dość lekki, a jesienią i zimą muszę schować swoją naczynkową cerę pod pierzynką i zapewnić dobre maskowanie. Przy okazji z plotek z koleżanką makijażystką zasłyszałam info, które potem wykorzystałam i wypróbowałam:
Rimmel Match Perfection podobno może śmiało konkurować z tym kultowym podkładem z Revlonu, przy czym jest połowę tańszy. Tego drugiego nie miałam, ale ten pierwszy jest super – dobrze się rozprowadza, nie czuję go na twarzy, wytrzymuje cały dzień i nie zostawia śladów przy kontakcie – np. z telefonem (a z innymi miałam takie nieprzyjemne doświadczenia!). Tylko pamiętajcie o najważniejszym – każdą szpachlę należy przyklepać pudrem – wtedy jesteście nie do zdarcia.

rimmel

www.rimmellondon.com

Co dobrego 

Dostałam ostatnio w słoiku trzydziestoletni (!) zakwas od LadyKitchen. No i ten słoik tak stał i straszył w lodówce za każdym razem, jak ją otwierałam. Wiecie, ja generalnie nie jestem mistrzem gotowania, czasem zrobię coś łatwego, trochę poeksperymentuję, ale szału nie ma. No i bałam się strasznie tego trzydziestolatka w mojej lodówce, bo czułam respekt i nie chciałam tego spieprzyć – myślę, że rozumiecie ten poziom stresu. No ale w końcu się wzięłam. Dokarmiłam dziada odpowiednio przez trzy dni, a w dniu pieczenia specjalnie wstałam 20 minut wcześniej z łóżka, żeby chleb wymieszać i odstawić do wyrośnięcia (ok. 10h). No zwariowałam. Potem oszalałam drugi raz, jak ten chleb pachniał w całym domu wieczorem. I wyszedł przepyszny. No szał, mówię Wam. W najbliższym czasie mam zamiar poeksperymentować z dodatkami innymi niż słonecznik (suszona śliwka kusi mocno!).

A zdjęcia nie będzie, bo wszystko zjedliśmy. Poza tym na zdjęciach nie ma tego obłędnego zapachu, który możecie sobie tylko wyobrażać!

Kulturka

Tu będzie trochę hermetycznie, stacjonarnie. Byliśmy z Miśkiem w krakowskim teatrze muzycznym Variete na przedstawieniu Janusza Józefowicza – „Legalna blondynka”. Jest to adaptacja filmu pod tym samym tytułem, więc zakładam, że fabuła mniej-więcej jest znana większości z Was. Natomiast istotne jest zwrócenie uwagi na fakt, iż jest to musical. Ja się bawiłam świetnie, Misiu próbował spać, ale chciał uciekać. Co kto lubi. Mi się podobało, Kurdej-Szatan w roli głównej rewelacja, a całość, jak to Józefowicza, dopracowana we wszystkich szczegółach.

No i wnętrze. Ależ tam było ślicznie. Pasowałam ze swoją czerwoną sukienką.

11950422_1655925861312592_1592330270_n

Internety

Ostatnio siedzę przy internetach mniej – bo nowa praca, wieczny niedoczas i takie tak. Ale! Pozostając w klimatach październikowej grozy Haloween, zostawiam Was nie z horrorem, a z Krakowem, o jakim nie myślimy. Ktoś napisał krótki artykuł o mieście, w którym żyję, od tej brzydkiej strony – złodziei, przemytników i domów publicznych. Właściwie to taki zbiór ciekawostek – które mi akurat zdarzyło się poznać już jakiś czas temu dzięki znajomej pani przewodnik – ale założę się, że Wy tego nie znaliście!

 

A w słuchawkach…

Powiecie, że jestem sentymentalna. Jestem. Ale to jest jeden z tych weekendów w roku, że mogę. Jeśli jeszcze nie znacie Polskiego Lennona, to poznajcie go koniecznie. Czerwone Gitary to nie tylko Seweryn Krajewski, ale też Krzysztof Klenczon. Czemu Polski Lennon? Może nie zginął z rąk szalonego psychofana, ale jego kariera została przerwana przez los skandalicznie szybko, bo zginął w wypadku samochodowym. Pisał piękne teksty, świetnie śpiewał, a jego piosenki… no właśnie. Posłuchajcie. W ogóle polska muzyka z tego okresu to cały tort wiśniowy, a nie jakaś tam wisieneczka – uwielbiam!

Nie polecam…

Żeby nie było za różowo, to Wam tu jeszcze napiszę, co ostatnio kupiłam i było takie sobie. Jest moda na naturalne kosmetyki, wiecie – bio, eko, fairtrade, wegańskie, bez laktozy i glutenu. No to kupiłam. Szampon. Zachwalany na blogach i przez koleżankę – miały mi po nim włosy nie wypadać. Efekt? Włosy wytrzymywały we względnej świeżości jakieś pół dnia. Ale nie dałam się – kupiłam inny szampon i odżywkę bez SLS, bo chciałam być taka fajna. Używane razem i osobno dawały zgoła inny efekt – momentalnie wysypywał mnie łupież. Oddałam w dobre ręce kogoś, komu się takie przygody nie zdarzają i wróciłam do starych, dobrych, znanych szamponów drogeryjnych, w które ładuje się całą chemię tego świata, bo moja skóra głowy okazuje się tak mało wysublimowana, że szkoda gadać.

 

 

 

You Might Also Like

  • A jaki konkretnie szampon okazał się beznadziejny? Ja z takich eko używałam dość długo Natura Siberica i było OK, moja fryzjerka używa wyłącznie produktów Kevin Murphy, są faktycznie bardzo dobre, ale też drogie w ciul 🙁

    • ten pierwszy to był Jantar, drugi szampon to wspomniany przez Ciebie Natura Siberica, a odżywka Babuszki Agafii (co ciekawe, jak kupiłam małą saszetkę, wszystko było ok, szaleństwo się zadziało dopiero przy dużym opakowaniu)

      • ajwaho

        Z tymi szamponami eko i bez SLS tak jest. U mnie dają identyczne rezultaty. Drogeryjne radzą sobie super, ba nawet żel Ziaji w podróży poradził sobie lepiej. Żel herbata z cynamonem z pewnością u mnie zagości 🙂

        • Mi się zdarzało używać Jantaru, ale denerwowało mnie, że za słabo się pienił. Zdecydowanie bardziej z tej firmy lubię pokrzywowy lub skrzypowy. No i wcierka z Jantaru – my love <3 No i wyszła ze mnie typowa włosomaniaczka 😀

          • nie próbowałam tej wcierki 😛 (jeszcze)

          • Jest naprawdę dobra, jeśli zależy ci na przyspieszeniu porostu włosów (mi bardzo:)) Nie przetłuszcza włosów i kosztuje tylko jakieś 10 zł. Tylko podobno ciężko ją dostać. Nie wiem, bo ja ją zawsze kupuję w drogerii koło moich rodziców.

          • też ją widuję w ‚moich’ sklepach. spróbuję.

      • Matka Dentystka

        O Jezusie, szampon Jantar to porażka! A z tą wcierką, to się nie do końca potrafię obejść! Ale dzięki za cynk o Ziajowej herbatce z cynamonem! Jutro wyruszam na polowanie!