Wymarzona narzeczona

Jestem narzeczoną od miesiąca. Jakieś dwa tygodnie temu podjęliśmy zdecydowane kroki planowania naszego ślubu – kiedy to oficjalnie zostaniemy Panem i Panią Smith. Z grubsza plan mieliśmy zarysowany już dawno, a moje doświadczenie i kontakty z czasów, kiedy marzyłam o karierze konsultantki ślubnej, nie poszły w las. Nie jesteśmy już szczeniakami, tylko dorosłymi ludźmi, pragnącymi świadomie związać się ze sobą. Co właściwie może kłaść się cieniem nad tą sielankową wizją?

Jak byłam bardzo młoda, tak z pięć lat temu też miałam Narzeczonego. Z pierścionkiem i w ogóle. Zabiły nas różne rzeczy, ale czasem myślę, że to, że ślub był taki ‚kiedyś’ – bez konkretnego terminu. Teraz jest zupełnie inaczej – nikt nas nie goni, sami się nie śpieszymy, ale chcemy. Myślałam, że zaręczyny nic nie zmienią, a jednak mam wrażenie, że jesteśmy na takiej swojej chmurce szczęścia i jest jeszcze lepiej, niż było – a było bardzo dobrze.

Nie będę Was dłużej trzymać w niepewności i powiem Wam, że planujemy wszystko na maj, bo to mój ulubiony miesiąc roku. Tak, maj tego roku. Spytacie czemu – no bo na co czekać, skoro jesteśmy długo i chcemy ze sobą być, maj to początek sezonu, gościom jeszcze się chce chodzić na takie imprezy, w maju nikt się nie chajta (no chyba, że przyjaciel Miśka wpadł na podobnie fantastyczny pomysł, jak my), ostatnio okazało się jeszcze, że jakbyśmy przeciągnęli organizację na dalszy termin – prawdopodobnie bym osiwiała z nerwów i chęci zadowolenia wszystkich.

Dobrze liczycie – do ślubu mamy jakieś 4 miesiące. Ślub planujemy tylko cywilny, więc odpadają wszystkie kursy, nauki i rzeczy, do których nie mam głowy i nawet nie chcę mieć. Reszta spraw organizacyjnych – USC, wesele, fotograf i DJ – zgraliśmy terminy tych, o których myśleliśmy na początku – odpadły nam więc gorączkowe poszukiwania, zarwane noce i wyrywanie włosów z głowy w rozpaczy.

Jak mieliśmy wstępnie wszystko zgrane – poszliśmy do USC. Myślałam naiwnie, że idziemy tylko zarezerwować termin i z głowy. Pani urzędniczka wzięła nas z zaskoczenia – zadała pytania o to, jakie będę mieć nazwisko po ślubie, jak będą się nazywać nasze przyszłe dzieci, kazała uiścić opłatę za ślub i… trochę nie ma już odwrotu! Spodziewałam się, że trochę spanikuję, ale nie – minęło kilka dni, a ja dalej jestem bardzo spokojna i pewna tego, pod czym się podpisałam. To chyba znak, że to właściwy, facet, nie?

Problemy zaczynają się, jeśli przychodzi do kwestii oficjalno – rodzinnych. Nie wiem, czemu nikt o tym nigdy nie napisał (albo ja nigdy nie trafiłam na taki tekst), ale gdybym wiedziała, jakim stresem są rozmowy z Rodzicami o swoich marzeniach, poznanie ze sobą Rodziców obu stron – zwłaszcza, jeśli jedni są ze sobą w stanie wolny i niekoniecznie mogą być jednomyślni. Do tego jeszcze próba poskładania razem wszystkich oczekiwań, chęć zadowolenia wszystkich i tak dalej… myślę, że większość z Was przechodziła to podobnie – jeśli o mnie chodzi, to przepłakałam prawie całe święta – i chyba jeszcze nie skończyłam. Zawsze reaguję bardzo emocjonalnie, ale spokojnie, jestem gotowa – kupiłam tabletki na uspokojenie – specjalnie na okoliczność Trudnych Rozmów.

Pomyślicie sobie – o co tyle szumu – to tylko ślub. Tak. Tylko jakoś tak wyszło, że sporo jego elementów jest z naszej strony mało tradycyjna. Jeszcze nie wiem, jak pogodzę ze sobą oczekiwania wszystkich względem nas, tego, żeby było dobrze i tego, żeby było ‚po naszemu’ – trzymajcie kciuki! Nikt z nas przecież nie chce toczyć wojny z własną rodziną, szczególnie, że dzień ślubu minie, a życie toczy się dalej.

Wracając do organizacji to wiecie – sporo już mamy, ale nie mamy na przykład zaproszeń, kwiatów/dekoracji i… sukienki. Poszłam w weekend na Targi Młodej Pary w Krakowie. Zabrałam ze sobą siostrę Miśka – wysoką, szczupłą i gibką niczym łania – czyli zupełne przeciwieństwo mnie. Wszyscy zaczepiali głównie ją i to jej wciskali ulotki i swoje usługi. Podeszłam do przepięknej sukni (sukienki bardziej) ślubnej i chciałam się jej bliżej przyjrzeć – niby obie panie na stoisku to widziały, jednak żadna nie zaszczyciła mnie rozmową. Zagadałam do jednej (jedynej!) florystki, bo podobały mi się jej prace – czułam, że może zrozumieć moją stylistykę ‚wesela jak na łące’ – wiecie, o co spytała? Spytała, czym się zajmuję, czy jestem może fotografem.

I wtedy sobie coś uświadomiłam. Przecież panna młoda w dniu ślubu nie może być gruba. Chyba nawet ktoś mnie pytał ostatnio, czy będę odchudzać się do sukienki – a w sumie nie, bo za bardzo nie zdążę. I nawet jakoś specjalnie o tym nie myślałam, bo nie zdawałam sobie z tego sprawy – aż do teraz. Boję się iść do salonu sukien ślubnych, żeby wszyscy nie uciekli, ale zrobię to. Z kwiatami mam jeszcze czas, a zaproszenia… nie znalazłam jeszcze żadnych ładnych, ale mam pomysł i skille rodem z painta, dam radę. Bo dam, prawda?

Jak widzicie – jestem całkiem spokojna jak na fakt, że mam mało czasu – jakbym miała więcej, to być może za dużo bym o tym myślała i mogłabym zostać bridezillą, a tu nawet nie. Chociaż nie obrażę się, jak podzielicie się ze mną swoimi historiami i sposobami na uspokojenie rodziców, że ludzie nic nie powiedzą. A tradycje? Czasem warto nieco je odświeżyć.

 

You Might Also Like