Suknie ślubne size plus

Nie wiem, jak Wy, ale ja od małego marzyłam o tym, żeby być księżniczką. A w dzień ślubu mieć najpiękniejszą suknię w królestwie. Dopiero potem gdzieś zwizualizowałam, że do tego przydałby się jeszcze jakiś księciunio. No i księciunio jest, konne zaprzęgi są, klejnot lśni na palcu, data ślubu tuż-tuż, a ja… jestem najbardziej przerażona, kiedy myślę o swojej własnej sukni ślubnej. Sukni, która od dzieciństwa widzę w snach, sukni, która w ciągu tylu lat dorastania tak wiele razy zmieniała swój kształt i formę.

12755315_1145792562106018_2025941595_o

Najpierw przejrzałam kilka stron z sukniami ślubnymi. Szybko doszłam do wniosku, że w sumie… to nic mi się nie podoba. Doskonale – w decydującym momencie okazałam się jeszcze być marudzącą księżniczką. Przecież w salonach jest taki wybór, co jest ze mną nie tak?

Moja ‚wyprawa salonowa’ przekonała mnie, że moim głównym problemem jest… mój rozmiar. Bo przecież panna młoda nie może być gruba, no bo jak. Przecież nie ma grubych księżniczek.

Nie uprzedzając jednak faktów – opowiem Wam, jak było w czterech salonach z sukniami – nie wiem, czy to dużo, czy mało, ale raczej więcej nie zniosę. Całość okraszam zdjęciami z telefonu – jak możecie się spodziewać, w salonach raczej się nie zgadzają na jakiekolwiek fotografowanie – wybaczcie zatem jakość tosterową.

Swoją drogą, nie wiem, czy wiecie, ale Kraków jest sławny ze ‚ślubnego traktu’, czyli ul. Długiej i okolic, który salonami z sukniami ślubnymi przewyższa ilość sklepów z alkoholem, a to już akurat jest wyczyn. No więc zaczęłam od tego, że poszłam do kolejnych trzech, jeden obok drugiego, żeby było sprawiedliwie – czwarty to był Salon Agnes, który bardzo mi polecałyście, bo mają kolekcję size plus. Zacznijmy jednak od początku.

Salon nr 1

Z początku było całkiem miło. Wchodzę, pytam, czy uszyją coś na mnie – oni twierdzą, że owszem. Ale tak z półrocznym wyprzedzeniem (hahahaha, zaśmiałam się w duchu, ale powieką nie mrugnęłam). A czy mogłabym coś ewentualnie zmierzyć? Ależ oczywiście mamy tu całe trzy modele! Myślę sobie – świetnie – i poszłam mierzyć.

12755243_1145792992105975_1348928872_o

Widzicie, jaka zachwycona jest ta pani, która próbuje mnie zasznurować? No również jestem wzruszona niezmiernie – chociaż w sumie, jak chwilę pomyślę, to stwierdzam, że ta kiecka jest całkiem nawet niczego sobie – jakby ją trochę przerobić. I zmienić kolor – najlepiej na czarny.

obrobione

To zasadniczo jest ta sama sukienka. Tylko ta koronkowa była mniejsza i jestem całkowicie nie zasznurowana. Wiecie co? Ja totalnie nie rozumiem, czemu tak wiele sukien ślubnych ma gorsetowe wykończenie i nie ma żadnych rękawków, albo wykończonej góry – mi zależy bardzo na zakryciu ramion, bo nie dość, że mam niezbyt ładną skórę, to po prostu te moje ramiona zwyczajnie najpiękniejsze nie są. Takie sukienki odsłaniają jeszcze brutalnie wałki tłuszczu pod pachami – które nie biorą się z tego, że jesteśmy gruba, a uwaga uwaga – od noszenia źle dobranych staników! Szczerze mówiąc, to nie przypominam sobie żadnej panny młodej, którą znam, która dobrze by wyglądała z taką górą. Błagam, nie róbcie sobie tego, szczególnie, jeśli jesteście plus size!

Po zmierzeniu tych trzech sukienek, pani zapisała mi na wizytówce numer i cenę jednej, wcisnęła mi do ręki i… zanim zdążyłam o cokolwiek spytać, odprowadziła mnie do drzwi.

Salon nr 2

12735753_1145792538772687_731795995_n

W tym salonie hmmm… mogłam zmierzyć dwie sukienki – przy czym obie były najbrzydszymi sukienkami świata i mogłam je – uwaga – co najwyżej przyłożyć do siebie i wyobrazić sobie, jak mogłabym wyglądać. Niestety, nawet tej wyobraźni nie można było robić zdjęć – a uwierzcie mi, że tego nie warto sobie było nawet wyobrażać.

Salon nr 3

12737102_1145792502106024_791899544_o

Tutaj, szczerze mówiąc, poczułam się zignorowana. Pani pokazała mi jedną sukienkę, którą mogłabym przymierzyć (dla której nie warto było wyskakiwać z własnych ciuszków) i zasadniczo mnie olała. No więc poszłam, bo co się ludziom naprzykrzać będę.

Salon nr 4

…czyli Agnes. Jestem tym miejscem totalnie zachwycona. Pani była zaangażowana, pomocna, pokazała sukienki nie tylko z linii size plus – rewelacja. Co bardzo ważne – nie wciskała nic na siłę, wiedziała, po co tam jest i potrafiła doradzić. No i teraz będę mieć dylemat, czy się stroić w tiule, czy w koronki – chyba dziś nie zasnę!

12746063_1255950597755116_664379222_n

Podsumowując moją wyprawę mogę powiedzieć tak – dawno gdzieś nie czułam się tak niemile widziana, jak w pierwszych trzech salonach. Jak jakiś… słoń w składzie porcelany co najmniej!

Na szczęście nikt mnie nie stroił w mega bezy, ale też większość przymierzonych przeze mnie sukienek miała gorsetową górę – mocno niekorzystną nie tylko dla size plus.

Inna sprawa to czas realizacji – salony potrzebują co najmniej 4-6 miesięcy, żeby taką suknię przygotować. Prawdą jest, że od początku chciałam coś szyć u znajomej projektantki – nawet miałam wstępny projekt, ale teraz to ja już naprawdę nie wiem, czy nie zmienię zdania (dobrze, że materiały jeszcze nie kupione). Ale w sumie może to i dobrze, że mam mało czasu na takie decyzje, mogę się skupić na rzeczach ważnych, a nie na tiulach i koronkach, bo przecież i tak tego dnia będę księżniczką – choć w sumie, jakby się zastanowić, to jestem nią na co dzień, tylko zwykle noszę jeansy.

…a jeśli chcesz wiedzieć, jak to się skończyło, zapraszam TUTAJ.

You Might Also Like