Bridezilla – przebudzenie

Dotychczas wszystko szło jak z płatka – zaraz po zaręczynach podjęliśmy sprawne kroki w celu zarejestrowania naszego małżeństwa. Szybko mieliśmy termin, salę, fotografa, ogólny zarys tego, jak ma wyglądać dzień naszego ślubu i zarysowane do pewnego stopnia konkrety.  Stresowaliśmy się trochę kwestią ustalenia wszystkiego z Rodzicami i tego, czy obie strony się polubią – ale na szczęście ten stres był totalnie zbędny – ale towarzyszy chyba każdemu.

No więc wszystko załatwiliśmy pięknie, szybko i aż zbyt bezboleśnie – ja byłam spokojna i wyluzowana, aż się wszyscy dziwili, ale wiedzcie, że Welonowe Zapalenie Mózgu dopada nagle, niespodziewanie i  narasta, jak efekt kuli śnieżnej – wywołane jest zwykle jakąś małą pierdołą i narasta do rozmiarów tragedii.

No dobra, prawda jest taka, że zdarzają mi się krótkie napady histerii, które, całe szczęście, szybko opanowuję – chyba główny wpływ na to ma fakt, że ostatnio mam naprawdę dużo pracy w pracy i nie mam czasu myśleć o głupotach, bo nawet w domu zdarza mi się jeszcze myśleć o pracy. Minus jest taki, że niektóre rzeczy odkładam  na nieokreślone później, potem sobie o tym przypominam, wyznaczam ostateczny deadline i załatwiam, kiedy już naprawdę trzeba to ogarnąć.

Nie będę Was trzymać dłużej w niepewności, bo wiem, że chcecie wiedzieć, co ogarnęłam, czego nie, a co spędza mi sen z powiek.

Zaproszenia

Ładne zaproszenia z internetu są drogie – przynajmniej dla mnie 6zł za jedno to całkiem sporo. Zawsze jednak na wszystkich Pinterestach podobały mi się zaproszenia złożone ze zdjęć narzeczonych – co trafiało do mojego artystycznego serduszka i zawsze chciałam takie mieć – początkowo więc przejrzałam pobieżnie pół internetu, a kiedy nie znalazłam nic naprawdę ładnego (i czegoś, czego nie mają wszyscy – bo uważam, że ślub to takie wydarzenie, które warto spersonalizować w jakiś tam sposób), zarządziłam – zdjęcia zrobimy sobie sami! Misiek początkowo był dość sceptyczny, ale nie powiedział nie i pewnej niedzieli, po całej jego nocy w pracy zrobiliśmy to. Potem on to składał w Photoshopie pod moim czujnym okiem, a ja uzupełniłam wszystko tekstami w trzech wersjach – osobno dla rodziny, znajomych i zaproszenia na sam ślub. Strasznie cieszyło mnie to, że na każdym etapie robimy to RAZEM – chociaż każdy swoją działkę. Niestety, sprawa nieco się zepsuła na etapie drukarni, gdzie nieco się z nimi nie dogadałam (a serio, pierwszy raz, przecież zawsze u nich drukuję!) i wyszły odrobinę zbyt szare – ale wiem, że to widzę głównie ja i ci z moich znajomych, którzy ogarniają kwestie graficzno – fotograficzne. Ale mimo problemów technicznych wszyscy doceniają pomysł. No sami powiedzcie – są najpiękniejsze na świecie. I ŻODYN takich nie ma (uwaga, Misiu po raz pierwszy od dawna i w drodze wyjątku zezwolił w swej łasce na publikację wizerunku!).

Zaproszenie

A wiecie, co mnie jeszcze szalenie cieszyło? Jedna niedziela spędzona tylko i wyłącznie na ręcznym wypisywaniu piórem każdego zaproszenia i odmienianie nazwisk (wielu doceniło, szczególnie to drugie). O samym sensie tego, dlaczego właśnie tak mogłabym jeszcze długo, ale być może opowiem Wam o tym innym razem.

A jeśli jesteście ciekawe, jak nas to wyszło, to Wam powiem, że jakieś 3,00zł za sztukę – z czerwoną kopertą zamawianą na allegro.

Zapraszanie Gości

Powiem krótko – pobieramy się za niewiele ponad miesiąc i nie dotarliśmy jeszcze do wszystkich, których chcielibyśmy zaprosić. Ale wiedzą, gdzie, kiedy i o której mają być!

Kwiaty

Z zasobu używanych kiedyś kontaktów miałam ze dwie firmy, do których mogłabym się odezwać, ale poszłam na  targi ślubne i zupełnym przypadkiem poznałam tam florystkę, z którą po prostu wiedziałam, że jest z tej samej bajki, co ja. Być może zabrzmiało to górnolotnie, ale zrozumcie – ja całkowicie nie znam się na kwiatkach, zwykle do wazonu kupuję stokrotki, tulipany albo goździki, nie żadne mikołajki, anemony czy jaskry. Ja po prostu mniej-więcej wiedziałam, jak to ma wyglądać, spotkałam się po jakimś czasie z Magdą i… rozmawiałyśmy o kwiatach i dekoracjach trzy godziny. TRZY. GODZINY.  Spotkałam się jeszcze z kimś tylko dlatego, żeby się utwierdzić, że to trzygodzinne spotkanie było najlepszym, co mogło mnie spotkać i nie ukrywam, że czuję narastający dreszczyk ekscytacji na samą myśl o tym, co z tego finalnie wyjdzie – sądząc po zdjęciach, chyba zrozumiecie:

ma_fleur

www.fb.com/mafleur

 

Pierwszy taniec

Był taki pomysł, żeby zaciągnąć Miśka na kurs tańca, ale stawiał opór. A musicie wiedzieć, że to ten typ, któremu muzyka absolutnie nie przeszkadza (no bo przecież każdy ma jakieś wady!), ale na szczęście z odsieczą przyszła siostra Narzeczonego i przyznać muszę, że już prawie opanował dwa tańce – nasz pierwszy – o ile odbędzie się on w tłumie innych tańczących par. A drugi to taki wiecie, spokojny, bujany, dwa obroty – jakoś damy radę – choć zawsze doceniam mężczyzn, którzy mają skille króla parkietu. Tylko tak na serio, a nie jak w kabarecie:

 

Buty

O, one to miały przygody! Bo widzicie, z butami na obcasie nie jest ze mną łatwo – rozmiar mojej stopy to klasyczne 38,5 – więc większość producentów nie przewiduje mnie w swojej rozmiarówce. Do tego mam określone wymagania co do butów – obcas o wysokości maks. 6cm i raczej z tych grubszych, a nie szpilka. Dołóżcie sobie do tego fakt, że wymarzyłam sobie takie czerwone pantofelki ze skóry. Najpierw wróciłam do domu z dwoma parami pięknych czarnych butów, kiedy akurat szukałam tych czerwonych i jakichś nude – BO TAK. Trafiłam na firmę, która robi buty na zamówienie, poszłam, zmierzyłam, wydały się wygodne – na tyle, na ile buty na obcasie mogą być – zamówiłam. Czas oczekiwania 3 tygodnie. Po tym czasie zadzwonili do mnie ze sklepu, że… owszem, buty gotowe są, ale pojechały do Katowic, zamiast do Krakowa, co opóźniło ich odbiór o kolejny tydzień. Udało mi się je ostatecznie odebrać tuż przed wyjazdem, ale ani w nich nie zdążyłam jakoś bardziej pochodzić, ani nawet ich sfotografować. Ale wiecie co? Dzięki temu, że zamówiłam takie z paseczkiem, z myślą o tym, żeby ich nie zgubić, robią ze stopą takie cuda, że wyglądają… jakoś tak szczupło i zgrabnie. Także polecam ten styl, posługując się zdjęciem od producenta:

www.bialebuty.com.pl

Suknia

W sumie niewiele zmieniło się w tym temacie w ciągu miesiąca, oprócz tego, że kupiłam morze materiałów i cała sprawa trafiła do zaufanego człowieka, który ma doskonałe skille w tworzeniu odzieży. Czy powinnam się stresować tym, ze za niewiele ponad miesiąc biorę ślub, a nie miałam jeszcze żadnej przymiarki? Oczywiście, że nie, przecież mówiłam, że to zaufany człowiek.

Obrączki

I oto na scenę wkracza groomzilla, cały na biało!

Co do tego, jak mają wyglądać, decyzje zapadły bardzo szybko – ja nie przepadam za żółtym złotem, a pierścionek zaręczynowy mam z białego, a połączenie jednego z drugim nie podoba się Miśkowi. No to może białe złoto. Dla mnie najcieńsza możliwa – 2,5mm. Dla niego tytanowa, nieco szersza, bo kolorem najbardziej pasująca do mojej, a nikt się nie będzie musiał tłumaczyć, że to białe złoto, a nie srebro – z jakiegoś powodu było to dla niego ważne, więc ustaliliśmy kompromis. Sprawa brzmi dość mało skomplikowanie, prawda? Moja wyszła idealnie, jego w kształcie zupełnie nie podobna do mojej, na czym nam przecież zależało, bo co to za małżeństwo z takimi całkiem różnymi obrączkami… na szczęście zależało mu na tyle, że pozostawiony sam z problemem szukania nowego podwykonawcy dał radę. I jeszcze zrobił kilka dramacików w firmie, gdzie pierwotnie zostały zamówione. No milion serc dla niego za tę waleczność!

Jak widzicie – nie jest źle – jeszcze parę rzeczy do ogarnięcia – w tym tort. Ale jestem oazą spokoju, wszystkie nerwy wychodzą tylko w moich snach, które za chwilę okazują się prorocze – trochę śmieszno, trochę straszno, na szczęście pani Agatka nie z takich kryzysików wychodziła obronną ręką!

You Might Also Like