Wiosna w Paryżu

Na początku kwietnia pojechałam (służbowo!) do Paryża. Tak się jeszcze cudownie złożyło, że – z narzeczonym. Pomyślicie – super – wiosna, Paryż i narzeczony! Nie pomijajcie jednak, że służbowo – bo wcale nie było tak łatwo i lekko!

Cała podróż trwała równo 9 dni. Z czego jakieś trzy w samochodzie, bo całe stoisko na targi jechało z nami – ale taka wyprawa ma swoje uroki, nawet, jeśli po drodze zaliczasz nocleg na niemieckim parkingu i musisz zwinąć się jak precel – nigdy nie będzie wygodnie, ale ja jestem w stanie spać niemalże w każdych warunkach.

Pewnie domyślacie się, że po ponad 24 godzinach w samochodzie miałam tak dzikie fantazje, jak tylko żeby wziąć prysznic i o tym, żeby leżeć w łóżku. Ale przecież tam za oknem czekał na nas Paryż! Pierwsze marzenie spełniłam, ale z tym łóżkiem pozwoliłam nam tylko na chwilę drzemki dla regeneracji sił, no bo jak to – spać? Wyśpimy się po powrocie! Nie ma czasu! Chodźmy! Prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!

Tuż przed wyjazdem skończyłam szyć sukienkę z jerseju a’la jeans – tej wiosny rzadko można było mnie spotkać w czymś innym. Postanowiłam, że jest tak idealnie cudowna, że godna randki z Paryżem – w końcu to miasto nie widziało mnie 20 lat!

 

SONY DSC

No właśnie. Ostatnio w Paryżu byłam jako dziecko, z Mamą, w sumie to całkiem nie bardzo świadoma całej tej wycieczki. A teraz, całkiem świadomie skierowaliśmy swoje kroki do NIEJ. Możecie powiedzieć, że to sztampa, że to tylko kawał żelaza, ale wstydliwie wyznam Wam, że na mnie działa magia Wieży Eifella i całego miasta – czy to już moment, kiedy domyślacie się, że zostawiłam tam kawał swojego serca, ba – zakochałam się na amen i chcę wrócić po więcej?

SONY DSC

Być może nie jestem tu szczególnie wyględna, ale niewielu pofatygowało się, żeby znaleźć zaułek z widokiem i bez tłumów!

Byliśmy jeszcze coś zjeść – jak to na każdej dobrej randce. Nie dałam się zabrać na nic niedobrego, chciałam posmakować Francji – wiecie, jak jest. No więc była zupa z zielonego groszku, baranina z warzywami i komosą ryżową, wino (oni mają tak dobre wino, że nawet wytrawne mi smakuje!), a na deser… SERY. Miejsce znalazłam całkiem przypadkiem, ale powiem Wam, gdzie tego szukać – La Table 750g. Niestety – słaba ze mnie blogerka i nie fotografuję całego swojego życia na bieżąco – zdjęć z talerza nie będzie, bo byliśmy na to zbyt głodni.

W drodze powrotnej do hotelu musiałam jeszcze nagrać to dzieło instamatografii – ale wyłączyłam dźwięk, bo w połowie fajnej piosenki (ukochany Coldplay!) Misiek zaczął opowiadać, że jedziemy właśnie bulwarem, na którym zawsze kręcą te wszystkie filmowe pościgi, że widać Wieżę Eiffla w tle. I – wierzcie mi lub nie – poczułam się jak gwiazda filmowa. Ten to umie zrobić klimat, mówię Wam.

 

SONY DSC

O wszystkich dniach od poniedziałku do piątku powiedzieć mogę przede wszystkim, że dużo chodziłam w żakiecie, eleganckiej spódnicy i trochę w butach na obcasie. Poza tym dużo się uśmiechałam i odpowiadałam ludziom na pytania – jeśli już chcieli mówić po angielsku.

Aha. A w jednej łazience znalazłam tak doskonałe lustro do selfie, że nie mogłam powstrzymać się od małego spamiku:

Tę spódnicę też uszyłam sobie przed wyjazdem. SAMA. Hasztag duma. Początkowo miała być sukienką, ale mi nie wyszło – zdarza się!

Wkręciłam sobie, że skoro Paryż, to uderzam w swój ulubiony typ make-upu: delikatne oko i na ustach czerwień. Ale i tak nie umiem podrobić tej cudownej nonszalancji paryżanek, choćbym nie wiem, jak się starała (choć lubię wierzyć, że całkiem nawet mi się udało…). Chociaż, jeśli usłyszałam od obcego mężczyzny, przypadkowego gościa w zasadzie, że podoba mu się, jak wyglądam, to chyba podryw i wygryw w jednym, prawda?

 

Przyszła sobota. Zmęczeni jak konie po westernie postanowiliśmy nie dać za wygraną, załatwić sprawy służbowe i puścić się jak dzikie fretki w miasto. Mieliśmy na to całe 4 godziny. To niewiele, ale zdążyliśmy: zjeść bagietkę z serem na schodach opery (polecam ten klimat, ale raczej, kiedy nie wieje wiatr), odwiedzić muzeum perfum, przejechać się metrem kilka razy (znowu widziałam Wieżę!), dotrzeć pod Katedrę Notre Dame i stwierdzić, że musimy już pędzić na umówione spotkanie.

SONY DSC

 

Myślę, że z Grumpy Catem mogli by nas wziąć za rodzeństwo.

A tak w ogóle to mieszkaliśmy tuż przy lotnisku i kwitły magnolie (jabłonki też).

SONY DSC

SONY DSC

 

Powiem Wam jeszcze trochę o jedzeniu, bo to rzecz, którą jestem absolutnie zachwycona. Wiem, że francuska dieta w naszym klimacie nie ma racji bytu, ale pomarzyć można. Otóż.

Śniadanie to zwykle bagietka z dżemem, kawa i sok. Potem koło południa lekki lunch – jakaś kanapka albo sałatka. Ale wieczorem, po pracy, kiedy mają czas – kolacja zupełnie jak w święta.

Przez cały tydzień jadłam mięso, a nigdy nie był to kurczak. I od powrotu nie tęsknię za wędlinami.

Poznałam smak koziego sera i na nowo pokochałam ser brie.

Byłam w życiu w różnych miejscach, ale nigdy żadne mnie tak nie zachwyciło, że niemalże do łez. Szczęścia!

Czekam, aż spotkamy się znowu – żebym mogła bardziej, dłużej, intensywniej i mocniej! Bo to takie miasto, że szkoda czasu na sen, a nogi ze zmęczenia nie bolą!

SONY DSC

 

P.S. A w drodze powrotnej takie widoki (zatrzymaliśmy się tylko po to, żeby zrobić zdjęcia, serio – macie tak czasem?):

SONY DSC

You Might Also Like

  • Pięknie wyglądasz, tak romantycznie 😉 Paryż dodaje Ci takiej aury 🙂

    • Paulina, Ty komplemenciaro! Ale fakt, dawno nigdzie się tak cudownie nie czułam. Nawet pomimo nieziemskiego zmęczenia (ale do tego w ostatnich miesiącach już się przyzwyczaiłam).

  • Sukienka jest mega! Chcę taką!

  • Ewa

    Och, Paryż! Kocham, z tej miłości trzy razy udało mi się wybrać z nim na randki. I pewnie nie raz jeszcze wrócę posiedzieć na Placu Wogezów…

    Ps. Wyglądałaś parysko szykownie 🙂

  • Jaka szczęśliwa! O dziwo mnie Paryż nie zauroczył, być może powinnam przyjechać tutaj jeszcze raz wiosną.

    • Mnie natomiast nie zachwyca Rzym – każdy ma swoje miejsca, ale myślę, że temu Paryżu uroku właśnie ta wiosna nadała tego uczucia 😉

  • Przedostatnie zdjęcie jest niebywałe *o*