#myfirst7jobs

Korzystając z chwili, która się ostatnio nie zdarza, jaką jest wolny wieczór, chciałabym odgrzebać coś, co pod koniec sierpnia śledziłam z zapartym tchem – #my7firstjobs. W skrócie chodzi o to, że różni ludzie cofnęli się wspomnieniami parę lat wstecz i napisali o swoich zawodowych początkach.

Może Was to śmieszyć, lub nawet w ogóle nie ciekawić, ale zawsze lubiłam słuchać historii o przeszłości, historii rodzinnych, bo to zawsze zalążek tego, co jest teraz. W pracy spędzamy też jakąś 1/3 życia, więc to, gdzie pracujemy i w jakich warunkach też całkiem poważnie rzutuje na nasze przyszłe (i obecne!) życie.

Mnie moja retrospekcja nieco zaskoczyła – chociaż nie było tego jakoś dużo, bo ciężko było wcisnąć jeszcze stałą pracę zarobkową w czasie, kiedy studiowałam dwa kierunki na raz, to… okazało się, że całkiem wcześnie zaczęłam! Jeśli jesteście ciekawi, gdzie byłam, zanim się pojawiłam – prosze bardzo – zajrzyjmy razem w te historie niemalże starożytne!

#1

Zaczynałam bardzo młodo, tak młodo, że aż nie chcecie, żebym pamiętała – ale to były czasy, kiedy nikt z urzędu nie ściłgał za pracę nieletnich. W tamtych czasach moja Mama prowadziła sklep, w którym było mnóstwo różnych okołodomowych szpejów, a mi się zdarzało układać coś na półkach, naklejać ceny na produktach i pomagać przy inwentaryzacji. Przy klientach też czasem. Wtedy nauczyłam się, co to podatek VAT, marża i dlaczego w sklepie jest drożej, niż w hurtowni.

#2

Jak większość moich koleżanek wpadłam w szpony bycia konsultantką – ja nosiłam w torbie katalog Oriflame, moja przyjaciółka z ławki – z Avonu. Zdarzyło nam się na tym jakieś grosze zarobić, głównie jednak wydawałyśmy własne kieszonkowe. To była praca, która miała mi wstępnie uświadomić, że nie nadaję się na sprzedawcę.

#3

Na studiach zdarzyło mi się na dwa miesiące wyjeżdżać do pracy, a potem, jeszcze przed egzaminami poprawkowymi (albo tuż po) wydawać cały zarobiony hajs na podróże na przykład. I tak, wraz z moją najlepszą przyjaciółką, trafiłyśmy nad polskie morze do ośrodka wczasowego. Miesiąc przepracowałyśmy jako kelnerki, ale despotyczna szefowa kuchni (to była taka trauma, że jej krzyki pamiętamy do dziś) sprawiła, że wolałyśmy zmienić stanowisko pracy na sprzątanie domków letniskowych i toalet w części kolonijnej. To była praca, która mnie nauczyła szacunku do ludzi, którzy utrzymują porządek w różnych miejscach, w których przypadkiem większym lub mniejszym bywam. A to, co się działo w toaletach w części kolonijnej zaś po raz kolejny udowodniło mi, że dzieci wcale nie są takie niewinne, jak sądziłam – ktoś powinien pogratulować mojej Mamie, że miała takie grzeczne dziecko, kiedy bywało wysyłane na kolonie i obozy.

#4

Rok i dwa lata później poleciałam większym hardcorem i pojechałam do Holandii – raz z chłopakiem, drugi raz z tą samą przyjaciółką. Pracowałam w pocie czoła w szklarni przy… zapładnianiu ogórków. Polegało to na tym, że do pewnej godziny się te ogórki pielęgnowało, układało, zawijało pędy na sznurki, a po południu zbierało się kwiatuszki z ‚męskiej’ części i miziało się (tymi kwiatuszkami) damską część. Z pomidorami też się tak robi, tylko kwiatostany mają drobniejsze.
Musiałam być dobra, bo w zeszłym tygodniu, po 6 latach, zadzwonili do mnie z biura pośrednictwa pracy i pytali, czy aktualnie dalej szukam pracy w Holandii.
Ta praca nauczyła mnie, że choć mogę pracować ciężko fizycznie, to chyba jednak wolę skończyć studia i wykonywać pracę umysłową, bo inaczej się wykończę.

#5

Potem było takie lato, że odbywałam praktyki w radio i agencji reklamowej, ale zaczęłam też nieśmiało stąpać po gruncie freelansu (bo już miałam jako-taką wiedzę i umiejętności) i zaczęłam robić zdjęcia za hajs. Ten czas nauczył mnie, że lubię media, social media (facebook wtedy raczkował jeszcze) i spełniać się artystycznie też lubię, nie lubię się jednak kontaktować z klientem i dociekać swego prawa do wynagrodzenia w formie pieniężnej. Chociaż nie powiem, zdarzało się, że nie raz potem jakieś zleconko ratowało mój studencki budżecik.

#6

Kiedyś na jakieś dwa miesiące trafiłam do piramidy finansowej i sprzedawałam ubezpieczenia. Wszystko było fajnie, jeśli mogłam sie wykręcić od wciskania ubezpieczeń swoim znajomym – studentom, którzy też za bardzo grosza nie mieli i jeśli nie musiałam jechać na szkolenia zewnętrzne – byłam prawdopodobnie jedyną osobą, które były po nich totalnie zdemotywowane. Dziś moja ówczesna szefowa jest moim agentem ubezpieczeniowym i doradcą finansowym – chyba tylko ona tam była normalna (i też nie lubiła tych gadek o szybkim wzbogacaniu się). Ta praca nauczyła mnie, że definitywnie nigdy nie będę sprzedawcą.

#7

To było moje najdłuższe doświadczenie na jednym miejscu – dwa i pół roku spędziłam na recepcji w przychodni. Na szczęście w prywatnej – więc nie wpadłam w obłęd tak prędko i nie uciekłam z krzykiem – choć nie raz chciałam. Nauczyłam się bardzo dużo. Przede wszystkim pokory, cierpliwości do starszych ludzi oraz bycia miłą i uprzejmą dla ludzi, którzy mnie wkurwiają.

 

Prawdą jest, że oprócz tych siedmiu prac zdarzało się, że wpadały pojedyńcze chałturki typu: malowanie tatuaży na plaży w kurorcie nadmorskim, bycie hostessą na targach i pakowanie zakupów w hipermarkecie. Raz było łatwiej, raz trudniej, ale dawałam radę. I daję do dziś, bo ja sie nie dam łatwo strącić w przepaść.

Z przychodni nie było łatwo się wyrwać, o czym wspominałam tutaj. Obecnie praca numer osiem jest moją dotychczas ulubioną i nie chciałabym prędko jej zmieniać. Droga była długa i wyboista, ale gdyby wszystko nam w życiu przychodziło łatwo, to chyba nie potrafilibyśmy tego docenić, prawda?

You Might Also Like

  • Zapładnianie ogórków brzmi jak najlepsza praca ever :D:D:D turlam się ze śmiechu!

  • Nie wiem czy do CV wpisujesz zapładnianie ogórków w Holandii, ale jeśli tak, to jestem prawie pewna, że z każdej roboty oddzwaniaja i na rozmowę zapraszają:D

    • Dostosowuję swoje CV do pracy, na jaką aplikuję, więc… niestety nie uwzględniam 🙂