Tej historii bieg stary jest jak świat – czyli jak ulubiona bajka z dzieciństwa może wpłynąć na Twoje życie

Dla mnie wszystko zaczęło się, kiedy na czwarte urodziny dostałam kasetę video z Piękną i Bestią. Klasyczny pirat ze stadionu 10-lecia, jak wszystko na początku lat 90-tych, post-synchro dźwięku z obrazem i lektor zamiast dubbingu. Od tamtej pory przez następne kilka lat kaseta leciała niemalże w kółko, a kiedy byłam obłożnie chora – nawet trzy razy dziennie. I tak niemalże do zdarcia.

Całe szczęście za tego polskiego lektora, – polską wersję z dubbingiem obejrzałam dopiero jakoś tak po maturze i nie chciałabym tego nigdy więcej powtarzać – totalnie nie dziwię się, że ta animacja przeszła u nas trochę bez echa. Bierzcie więc pod uwagę, że znam głównie oryginalną wersję językową i o niej głównie będę się wypowiadać.

Możecie to o mnie wiedzieć, jeśli jesteście moimi znajomymi albo obserwujecie mój prywatny profil na facebooku – jestem totalnym freakiem, jeśli chodzi o Piękną i Bestię – śmiało mogę stwierdzić, że animacja, na której się wychowałam, miała ogromny wpływ na to, kim jestem teraz. Nie wierzycie? Nie przesadzam! Ale zanim o tym, to mam dla Was parę smaczków:

Piękna i Bestia to przede wszystkim rewelacyjna muzyka. Tak świetna, że genialnie sprawdziła się na Broadway’owskiej scenie – a jeśli macie wolne dwie godziny, to polecam Wam obejrzeć, a nawet podzielę się linkiem:

Muzyka z animacji Disney’a jest kultowa i rozpoznawalna do tego stopnia, że możecie znaleźć w sieci dużo różnych świetnych wersji: acapella, na skrzypcach, a nawet… jako flash mob  (no, powiedzmy)!

Historia Pięknej i Bestii ma jednak w sobie coś jeszcze – to przepiękna opowieść o miłości (wiadomo!), o tym, że warto chcieć od życia więcej, że bycie innym niż cała reszta owiec w stadzie jest trudna, ale da się z tym żyć – a odpowiednio duża dawka samozaparcia i wiary w siebie może zdziałać cuda.
Spotkałam się kiedyś z opinią, że co to za miłość, że to klasyczny przypadek syndromu Sztokholmskiego – ale weźcie pod uwagę, że cała ta historia jest bardzo metaforyczna i pełna alegorii – a jakby się uważniej przyjrzeć, Bestia jest gościem o złotym sercu i pięknym wnętrzu – tylko ktoś go w dzieciństwie nauczył, że to niemęskie. Z biegiem lat popada w kompleksy i trzeba wyjątkowo cierpliwej kobiety, żeby zburzyć mur, który nieświadomie wokół siebie wybudował.
Bella z kolei jest postacią, od której nauczyłam się, że w życiu nie jest wcale najważniejsze znalezienie (bylejakiego) męża, a największym marzeniem kobiety wcale nie musi być mąż zalegający na kanapie, ciągłe sterczenie przy garach i doglądanie gromadki dzieci – wychodzenie z takiego schematu też jest OK. Podoba mi się to, że jest najładniejszą dziewczyną w całej wsi, ale nie padło jej z tego powodu na mózg, wręcz przeciwnie – śmiało można powiedzieć, że jest też najmądrzejszą dziewczyną w całej wsi – nawet majsterkowanie jej nie straszne! Powiecie – no dobra, ale w końcu złapała księcia i żyło jej się z tym całkiem nieźle – niby tak, ale wyraźnie widać, że nie jest wyrachowaną zołzą, która leci na kasę – mimo uczucia, jakim obdarzyła Bestię, miłość do ojca i troska o niego chyba jednak była silniejsza (na szczęście wszystko dało się ze sobą pogodzić i ostatecznie żyli długo i szczęśliwie). Poza tym – sam Gaston też nie wyglądał na ubogiego chłopka, przy którym wiodłaby biedne życie – ale był strasznie próżnym i głupim prostakiem – i ja totalnie rozumiem wybór tej dziewczyny i chęć przeżycia czegoś więcej. Naprawdę – nie ma w życiu chyba nic gorszego, niż głupi mężczyzna.

Disney uczy nas tu jeszcze czegoś bardzo ważnego – że jeśli się kogoś kocha, trzeba dać mu wolność, nawet, jeśli to dla nas trudne i bolesne – szacunek do drugiej osoby i odpowiednia ilość przestrzeni w związku jest dla mnie wręcz podstawowa!

Ostatecznie nie mam pojęcia, czy to przez bajkę z dziecińśtwa, czy nie, ale podświadomie wszystko, co francuskie i z Francją związane kojarzy mi się całkiem miło – chociaż jakoś nie miałam w sobie tyle talentu i wytrwałości, żeby dobrze nauczyć się języka, to trochę rozumiem, jak mówią, ja mało mówię do nich, a ze szkoły pamiętam, jak zamówić kawę i pokój z prysznicem. Na szczęście mój mąż tę cenną umiejętność posiadł i czasem do mnie mówi językiem poetów (i trochę wygląda jak książę Adam, serio!).

A z kategorii #wstydliwewyznania – a może wcale nie – nasz pierwszy taniec był właśnie do… piosenki z Pięknej i Bestii – moja własna, rodzona matka, kiedy się o tym dowiedziała, stwierdziła, że jestem niemożliwa. No, całkiem prawdopodobne.

26 lat po premierze animacji, Disney zrobił to jeszcze raz – tym razem w wersji filmowej. Nie powiem – ten film miał rewelacyjny marketing, który od dwóch lat trzymał w napięciu, co to będzie, co to będzie – ale przez to presja na wypuszczenie czegoś świetnego była jeszcze większa.

Nie mam zamiaru puszczać Wam spojlerów, powiem tylko, że jest świetny – ryzykownie stwierdzę, że być może film podoba mi się bardziej, niż wersja animowana, ale głównie dlatego, że w scenariuszu poprawiono pewne błędy logiczne i dodano parę naprawdę świetnie uzupełniających historię wątków.
Oczywiście, że Emma Thompson nigdy nie będzie Angelą Langsbury, a Evan McGregor nie jest tak świetnym Lumiere’m, jak pierwowzór, ale Emma Watson i Dan Stevens świetnie poradzili sobie ze spełnieniem oczekiwań, jakich w nich pokłądałam.
Ale, co naprawdę wydaje mi się być totalnym majstersztykiem – w filmie jest bardzo dużo scen idealnie odwzorowanych z bajki, co genialnie widać na przykładzie trailerów – dbałość o szczegóły godna podziwu, prawda?

Skoro już o filmowych adaptacjach mowa, to nie byłabym sobą, gdybym nie poleciła Wam francuskiej wersji filmu z 2014 roku. Nie ma co prawda w sobie tych wszystkich piosenek, bo nie jest musicalem, tylko całkiem poważnym filmem – dość mroczny i straszny, ale z przepiękną scenografią – Francuzi się naprawdę postarali przy adaptacji swojej baśni – choć na próżno szukać tam Gastona, Pani Imbryczek, Lumiere’a i całej reszty – naprawdę cieszy oko.

No więc prawdopodobnie gdzieś w którymś momencie czytania mogliście stwierdzić, że zmieniacie o mnie zdanie i być może w domu nie wszyscy zdrowi. I choć winię Disney’a za moje wysokie oczekiwania względem mężczyzn, to przyznajcie, że w kategorii księżniczek, Bella nie szła na łatwiznę – i ja też lubię wyzwania!
No więc uspokajam – w domu wszyscy zdrowi, ze mną wszystko w porządku, każdy ma swoją zajawkę (na przykład Gwiezdne Wojny), taka jest moja. Wiedzą to i wykorzystują w pięny sposób moi znajomi – z okazji ślubu dostaliśmy coś najpiękniejszego na świecie, patrzcie:

Najlepszy prezent od @pauwnuk #beautyandthebeast #ulubionabajka #wedding #aciaimisiu #loveit #disneyprincess #disney

A post shared by Agata Chachurska (@panichachurska) on

A tak swoją drogą, to największe ciary od małego mam przy tym fragmencie muzycznym:

You Might Also Like

  • Wcale mnie nie dziwi sentyment do baśni z dzieciństwa 🙂 Dzięki Twojemu tekstowi jeszcze chętniej obejrzę adaptację filmową!