Co się zmienia po ślubie?

Ja nie wiem, kiedy to zleciało! Rok cały! Wciąż jeszcze pamiętam, jak sie stresowałam rano w dniu ślubu, czy deszcz przestanie padać, bo przecież impreza w namiocie i będzie zimno. Pamiętam, jak w USC, 10 minut przed ślubem, zmieniałam na ostatnią chwilę zdanie co do nazwiska i było to całkiem wesołe. Pamiętam, jak przy toastach (a były dwa) z rzucaniem kieliszkami było niebezpiecznie. Wszystkie gesty i uśmiechy też pamiętam.

A potem budzimy się w poniedziałek już po wszystkim, mamy jeszcze jeden, ustawowo wolny, dzień. Dla nas. Na śniadanie jedliśmy wtedy resztki weselnego tortu – a rzec Wam muszę, że w życiu nie jadłam lepszego.

TO JUŻ.

Już sie trochę przyzwyczaiłam, ale czasem to dalej jest dla mnie trochę dziwne uczucie – mówić o kimś ‚mój mąż’ i jakoś tak domyślnie musieć liczyć się z jego zdaniem – a ja jestem urodzonym buntownikiem.

I po ptokach. #śniadanie #zmężem #mążiżona #tortweselny #terazżycie #backtothereality #aciaimisiu

A post shared by Agata Chachurska (@panichachurska) on

Czasem koleżanki, te z mężami i te bez, pytają mnie ze złośliwością albo ciekawością, po co mi to wszystko było, ten ślub, jakieś deklaracje, obrączki i czy coś się zmienia. A potem są zdziwione, jak odpowiadam, że w moim odczuciu wszystko się zmienia!

Nazwisko to chyba najbardziej widoczna zmiana dla mnie – całkiem porzuciłam swoje panieńskie nazwisko mimo, że początkowo chciałam mieć dwa. Ale… według mnie brzydko razem wyglądały (a estetyka jest bardzo ważna!) i oba są stosunkowo często przekręcane – jedno nazwisko jest dla mnie więc po prostu wygodniejszą opcją. Poza tym nazwisko męża mi się podobało, a panieńskie przecież i tak mam w papierach na zawsze.

Mnóstwo ludzi myśli, że ślub może być ratunkiem dla związku, że jeśli coś jest nie tak przed nim, to sam fakt ślubu magicznie to naprawi, niczym za dotknięciem magicznej różdżki – otóż nie, to tak nie działa. Jeśli masz kiepskiego partnera przed ślubem, to więcej niż pewne, że po ślubie też raczej nie będzie można na niego liczyć.  Kobieta i mężczyzna po ślubie są tymi samymi ludźmi, którymi byli i przed nim. Wszelkie negatywne zjawiska, zasygnalizowane w okresie narzeczeństwa, po ślubie mogą się jedynie nasilić. A przynajmniej zwykle tak bywa.

Oczywiście, że nie łudziłam się, że po ślubie on przestanie rzucać skarpetki po kątach, a mi się bardziej będzie chciało gotować. Ale oboje się bardzo staramy zapanować nad swoimi wadami i staramy się pielęgnować zalety – on stara się bardziej dbać o naszą wspólną przestrzeń, a ja weszłam w etap perfekcyjnej pani domu – ale spokojnie, to się dzieje zrywami – najczęściej, jak spodziewamy się gości albo jak idą święta.

To, co się zmieniło, wydaje mi się bardziej nieuchwytne – po prostu zmienił się nasz związek. Zupełnie, jakbyśmy weszli na wyższy poziom w grze w życie – być może zabrzmi to naiwnie, ale gdyby mnie ktoś spytał, powiedziałabym, że przede wszystkim bardziej o siebie dbamy nawzajem i zawsze gramy w jednej drużynie względem ewentualnych przeciwników, ale też angażujemy się jeszcze bardziej w to nasze wspólne życie. Tak, jakby to była naturalna kolej rzeczy. Sama byłam zaskoczona, ze to tak po prostu… przyszło.

Nigdy się jakoś nie kłóciliśmy, bo zwykle się ze sobą zgadzamy i z nas dwojga to ja jestem większym nerwusem, nad czym ja muszę popracować – ale też znam granice cierpliwości swojego męża – mam podejrzenia graniczące z pewnością, że ten człowiek posiada nieskończone pokłady spokoju względem mojej osoby. Ja to szanuję i podziwiam. Nie znaczy to jednak, że nie zdarza nam się mieć odmienego zdania w pewnych sprawach i nie ma spięć – takie sprawy nauczyliśmy się rozwiązywać jeszcze przed ślubem – w sprawach ważnych wypracowujemy zadowalający nas oboje kompromis, a w tych mniej ważnych – odpuszcza strona, której mniej zależy w postawieniu na swoim (i cokolwiek byście nie myśleli – ja odpuszczam bardzo często!).

Nadal rozwijamy swoje pasje, spotykamy ze znajomymi, wychodzimy się pobawić. Po wizycie w USC wcale nie stałam się mniej sobą, nikt mnie nie zniewolił i nie przykuł do zlewu. I całe szczęście! Udusiłabym się w związku, w którym nie mam wolności i ciągle jestem pilnowana czy rozliczana z mojego czasu czy tego, gdzie i z kim byłam. I vice versa – wychodzę z założenia, że partner, im bardziej uwiązany, tym bardziej kombinuje, jak się z tej smyczy zerwać. Po co nam to. Gdyby nie było między nami zaufania do drugiej osoby, nie powinniśmy wchodzić w związek małżeński.

Małżeństwo i jakikolwiek udany związek to ciągła praca. A w pracy nie ma nic za darmo. Bo to, aby zakończyć dzień w zgodzie i nie kłaść się do łóżka obrażonym, to też jest wyczyn. Czasami chętniej bym go zagryzła, niż wpuściła do wspólnego łóżka, ale jednak tego nie robię – i to wcale nie z obawy przed dożywociem – przecież przez ostatnie pół godziny moje uczucie względem męża się nie zmieniły.

Nie pozjadałam wszystkich rozumów, ale gdybym miała dać jakąś radę „młodszej sobie” powiedziałabym że: najważniejsza w związku jest rozmowa, zaangażowanie i jeszcze raz rozmowa – bo wszystkie problemy da się jakoś rozwiązać, pod warunkiem, że umiemy ze sobą szczerze porozmawiać.

Cieszę się, że nie wzięłam ślubu, jak byłam młodsza. Mam wrażenie, że dzięki temu byłam bardziej świadoma tego kroku i pewniejsza faceta, z którym chcę być przynajmniej dopóki nie spłacimy kredytu – choć wolałabym tak jeszcze ze 20 lat dłużej.

Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Poranki. Ja zwykle wstaję wcześniej i mogę się napatrzeć – na te jego loki rozrzucone na poduszcze, ciało w pozycji rozgwiazdy i jedną stopę wystającą spod kołdry. Spróbujcie się na taki widok mimowolnie nie uśmiechnąć.

You Might Also Like

  • Ja się nawet na te słowa (na końcu) uśmiechnęłam 😀

  • Fajnie podsumowane, zwłaszcza ten fragment o graniu do wspólnej bramki 🙂

  • skrzacik

    Mój starszy brat, który wziął ślub ze swoją partnerką po 11 latach bycia razem, na moim weselu (to już 47 dni temu!) powiedział: „Zobaczysz, teraz wszystko się zmieni. WSZYSTKO! Inaczej będziecie myć zęby, inaczej jeść, inaczej będzie wyglądać wasza droga do i z pracy, inaczej zaczniesz prasować…” itd. w podobnym, sarkastyczno-rodzinnym tonie 😉 Będąc 7 lat w związku i mieszkając wspólnie od ponad 2 lat, rzeczywistość po ślubie naprawdę identycznie jak przed – może jest jedynie mniej nerwówki, kiedy jeszcze trwały przygotowania. Żyjecie jeszcze trochę wspomnieniami po tym dniu – zwłaszcza czekając na ostateczny pakiet zdjęć od fotografa – ale ostatecznie pozostaniecie tymi samymi ludźmi, którymi byliście, decydując się na ożenek/zamążpójście, że tak pozwolę sobie archaicznie napisać. I to jest najlepsze, co może być po ślubie – świadomość, że człowiek, którego wybrało się na partnera życiowego, jest wciąż tym samym osobnikiem. Nawet jeśli wciąż nie opanował trudnej sztuki chowania prania do swojej szuflady 😉

    „Małżeństwo i jakikolwiek udany związek to ciągła praca. A w pracy nie ma
    nic za darmo. Bo to, aby zakończyć dzień w zgodzie i nie kłaść się do
    łóżka obrażonym, to też jest wyczyn. Czasami chętniej bym go zagryzła,
    niż wpuściła do wspólnego łóżka, ale jednak tego nie robię – i to wcale
    nie z obawy przed dożywociem – przecież przez ostatnie pół godziny moje
    uczucie względem męża się nie zmieniły.”
    O to to. Kwintesencja wspólnego, wieloletniego życia.

    Trafiłam na Twojego bloga kilka dni temu totalnie przypadkiem, ale już wiem, że zostanę na dłużej 🙂 Może nie jestem plus-size wizualnie, ale tak się czuję od wielu lat.

  • Joanna Urbańska

    świetnie się czyta, napisane z humorem szczerością , fajnie 🙂

  • Też mam plan napisać taki tekst, bo wiele ludzi serio myśli, że po ślubie, to już tylko nuda i przewidywalność! No, jeśli było tak przed ślubem, to pewnie jest duże prawdopodobieństwo, że po ślubie faktycznie też tak będzie… 😀 Tak czy siak – gratulacje pierwszego roczku, jesteście super parą! 🙂