10 historii pisanych muzyką, czyli co mi w głowie gra

Muzyka jest dla mnie bardzo ważna. Odkąd pamiętam nadawała rytm moim dniom, podkreślając moje nastroje. Wśród znajomych słynę z tego, że zawsze dobrze dobieram muzykę do okazji, a w liceum marzyłam o tym, żeby zostać… dziennikarzem muzycznym!

Dziś nie jestem pewna, czy miałabym środki do życia z pisania o muzyce, której słucham – bo rzadko jest to coś mega ‚na czasie’. Dziś robimy test i zobaczymy, jak bardzo uda mi się zainteresować Was moimi hostoriami, które kryją się za piosenkami, które pewnie wszyscy znacie (a jak nie znacie, to poznacie).

Wizualizuję, że mam swoją własną audycję radiową, mam przed sobą taką playlistę i opowiadam, jak Marek Niedźwiedzki w Trójce.

To co, posłuchamy razem?

Amelia to był pierwszy film, na który poszłam do kina SAMA. Nie pamiętam, ile miałam lat (mogłabym policzyć, ale nie to tu jest istotne), ale był to doskonały wybór filmu na pierwszą taką samotną wyprawę. Wyszłam totalnie zaczarowana i pocieszona, że skoro jest na świecie miejsce dla takich dziwaków, jak główna bohaterka, to ja też sobie znajdę jakieś swoje. Od tamtej pory bardzo lubię chodzić sama do kina.
Ciekawostka: na ślubie mieliśmy pianistkę, która zagrała nam jeden utwór z Amelii – wyszło trochę za smutno i ciężko, czego nie przewidziałam. Ale i tak było najpiękniej!

To było tak, że ta piosenka przyplątała się do mnie zupełnie bezkontekstowo, jakoś na pierwszym albo drugim roku studiów. Mieszkałam wtedy w jednym pokoju z moją kumpelą, którą znałam jeszcze z gimnazjum. Słuchałam tego w kółko, co wydawało jej się niepokojące i sugerujące, że może chciałabym się jej pozbyć.
Ciekawostka: Nie udało mi się jej tak całkiem pozbyć, w tym roku mija 17 lat naszej znajomości. Widujemy się rzadko, ale zawsze, kiedy słyszę tą piosenkę, dostaje ona ode mnie filmik na Insta i wie, że o niej myślę.

 

To z kolei jest piosenka, której nauczyłam się na jakiejś lekcji muzyki w szkole. Kilka lat później ta znajomość pomogła mi się zaaklimatyzować na pierwszym harcerskim ognisku. A potem już nie było wyjścia – nie mogło być mowy o żadnym ognisku bez tej piosenki.

Tą piosenką wszyscy się zachwycali mniej-więcej wtedy, kiedy ja leczyłam serduszko po pierwszym długim i poważnym związku w swoim życiu. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że tak to się wszystko potoczyło, bo nie wiadomo, jakie były by dziś moje losy, ale śmiem twierdzić, że nie tak wesołe, jak są. Pewne wnioski jednak wyciągnęłam i są błędy, których, mam nadzieję, nie powtórzę. Ale adekwatna, nie?

O, to jest dobra (i bardzo smutna!) historia o miłości – jak z komedii romantycznej. Wierzcie lub nie, ale w relacjach damsko-męskich zawsze byłam raczej nieśmiała, a wynikało to głównie z tego, że miałam kompleksy. No ale – to był chłopiec, z którym chodziłam do podstawówki, potem krótko spotykaliśmy się w liceum, ale jakoś nasze drogi się rozeszły w niewyjaśnionych okolicznościach. Jakieś 6 lat później spotkaliśmy się na jakiejś imprezie – jakieś morze wódki potem okazało się, że… oboje byliśmy wtedy zbyt nieśmiali, żeby porozmawiać o wzajemnych uczuciach. A potem było już za późno – mieliśmy różne plany na życie, inne związki i po prostu jakoś nam ze sobą było nie po drodze.

To jest chyba pierwsza piosenka o miłości, która mi się naprawdę wkręciła aż za mocno. I to moja własna Matka zasiała to ziarno – włączyła, pokazała, obejrzałyśmy razem film (Don Juan DeMarco) i przepadłam. Od tamtej pory marzyłam o tym, żeby ktoś mnie tak kochał, jak Bryan Adams śpiewa w piosence. No i do dziś mam jakby słabość do Johnny’ego Deppa – chociaż już nie jest tak dobry, jak kiedyś.

Ta piosenka od jakichś dwóch lat jest w moim top 10 najczęściej słuchanych. Nawet miała być podkładem pod nasz pierwszy taniec, ale ostatecznie przegrała z walcem z Pięknej i Bestii (szok i niedowierzanie!) – głównie dlatego, że mój szanowny Narzeczony zdecydowanie odmawiał takich wygibasów jak Ed (który też podobno przed tym teledyskiem nie umiał tańczyć). Poszliśmy na kompromis. Prawie dwa lata po ślubie tańczy coraz lepiej – ostatnio ogarnęliśmy nawet potrójny piruet bez zaliczenia podłogi! Także jeszcze ze dwa i ja myślę, że ogarniemy ten układ taneczny.

A to akurat smutna historia. Słuchałam Ewy Demarczyk tak bardzo bardzo jakoś w liceum – wtedy w ogóle miałam taki okres, że grała u mnie głównie poezja śpiewana obozu krakowskiego (czyli jeszcze Grechuta i Turnau). A płytę dostałam od mojego najlepszego na świecie Dziadka. Potem jakoś nigdy nie mogłam jej słuchać, jak byłam szczęśliwie zakochana, bo była dla mnie za smutna. Po mniej-więcej sześcioletniej przerwie włączyłam tą płytę znowu w sierpniu, kiedy pożegnałam Dziadka.

To kawałek z drugiej płyty Coldplay, A rush of blood to the head. To znaczy, że zaczęłam ich słuchać gdzieś między 2002 a 2005 rokiem. Od tamtej pory miłość moja nie słabnie, ewoluujemy sobie razem – pierwsze 3, może 4 płyty to przewaga takich strasznie smutnych piosenek, a teraz każda porywa tłumy. Zawsze do nich wracam. Są ze mną na dobre i na złe. I oby jak najdłużej! A Clocs nie jest moją ulubioną piosenką – najbardziej lubię Viva la Vida.
Och, odżywa w moim serduszku wspomnienie czerwcowego koncertu! Dwa dni dochodziłam do siebie. Potem skończył mi się urlop.

Chociaż tę piosenkę uwielbiam od lat 90tych, to bardzo mi przypomina pierwsze randki z moim mężem. Wiecie, to ten klimat, kiedy nawet po latach pamiętacie, w co byliście ubrani tego dnia, kiedy pierwszy raz się pocałowaliście.

 

A jak to jest z Wami? Macie piosenki związane z historiami? Ja wiem, że nie wyczerpałam tematu, bo przede mną lista na co najmniej drugie tyle, ale nie wiem, czy chcecie. Chcecie?

 

 

 

 

You Might Also Like